Po pierwszej w 2011 poważniejszej wycieczce czas na drugą. Poprawiło mi się znacznie wyczucie roweru - do tego stopnia że ostatnie 10 km starałem się nie dotykać siodełka.... masakra.
Pomimo ponad 30 na karku i zbliżającej się 10 rocznicy rozpoczęcia pracy zawodowej - jeszcze nigdy do pracy nie dojechałem rowerem.... do dzisiaj ;).
Czas słaby - z jednej strony kondycja (chociaż bałem się przed jazdą że będzie gorzej), z drugiej strony rozpoznawałem nieznane mi ścieżki pomiędzy moją wioską a Stolicą - niestety kilka z nich było ślepych a niektóre dziurawe i bagniste ;).
Jak się okazuje, przejazd samochodem do pobliskiego sklepu zajmuje dużo więcej czasu niż przejazd rowerem. No i mniej paliwa się zużywa oraz nieco mniej CO2 się wydziela.
Kolejna niedziela - pierwsza jednak niedziela czwartej dziesiątki życia. Domownicy i Goście oddali się relaksowi w pozycjach horyzontalnych, wsiadam więc na rower i postanawiam zrobić sobie godzinną wycieczkę. Temperatura: no comments Wilgotnosc: no comments
Kręcę się po lesie książenickim, dojeżdżając do Władysławowa. Jadę bez żadnych przerw, z wysoką kadencją aby maksymalnie się zmęczyć. Nie omijam również piachów - suchych. 3 razy piach pokonuje mnie i muszę się zatrzymać. W międzyczasie rozpędzam się z niewielkiej górki do 47 km/h - czas jednak naprawić ten hamulec z tyłu.
Przyjeżdżam niemal dokładnie 1 godzinę od wyjazdu. Nieco zmęczony - ale za krótkie dla mnie takie 1 godzinne wycieczki aby pożądnie się zmęczyć. Muszę je wydłużyć zdecydowanie.
Rok 2010 obfituje w wiele przełomowych wydarzeń - wystawiających na próbę wydolność organizmu i charakteru. Z każdym dniem na szczęście nabieram przekonania że udało się wszystko odpowiednio poprowadzić i kolejne miesiące 2010 będą znacznie spokojniejsze. Oznacza to że wreszcie będzie można zająć się, dość świadomie niestety zaniedbaną sferą - zdrowiem i kondycją - bo tego trzeba będzie jeszcze sporo w życiu. Dlatego korzystając z poobiedniej sjesty gości i domowników (przy czym niektórzy mali domownicy w czasie sjesty innych płynnie przeszli do kolejnego obiadu), postanowiłem wreszcie przejechać się po okolicy rowerem. Założenie było zrobić "lajtową" wycieczkę trwającą max 1 godzinę - rozruszać kości i mięśnie. Wszystko z wykorzystaniem nieśmiertelnego żółtego roweru - niestety nadal bez większego serwisu (ale o dziwo po długim czasie jego nieużytkowania - wystarczyło przepłukanie wodą, napompowanie kół i w drogę).
W pierwszej kolejności pojechałem po płytach w kierunku Żabiej Woli - brak amortyzacji pozwala w 100% "ciszyć się" jazdą ;). Po kilku km rozgrzewki po asfalcie - wjazd do lasu i przyjemna jazda leśnymi dróżkami w stronę domu. Po dojechaniu do "płyt", postanowiłem sprawdzić inną część lasu. Pierwszy wjazd zakończył się na branie jednostki wojskowej, zatem "w tył zwrot" i próbujemy dalej. Postanowiłem wjechać do lasu zatem najbliższym wjazdem - z ulicy Spacerowej. Przyjemna droga przez las sosnowy - dzisiaj mokro po deszczach zatem piachy (których dużo) nie strasze - dobrze, zrobię więcej km myslę. Z drugiej strony - fajnie bo będzie gdzie potrenować kondycję próbując przedzierać się przez piaszczyste, suche dróżki. Po drodze oczywiście kilka rozjazdów, skrętów - staram się jechać tak aby powstała pętla która być może po kilku modyfikacjach będzie mogła być wykorzystana do treningów. W dodatku nie chcę dzisiaj przekroczyć założonej godziny. Po drodze zwiedzam miejscowość Zalesie, dojeżdżam na skraj lasu (w oddali trasa katowicka), zawracam i jadę kierując się słońcem. W międzyczasie dogania mnie jakiś nowofunland - na szczęście nie jest w bojowym nastroju. Beztroska właścicieli dużych psów mnie niekiedy rozbraja. Z drugiej strony, krótkotrwały przypływ adrenaliny powoduje wzrost prędkości. Ostatecznie dojeżdżam do miejsca w którym wjechałem do lasu, zaś po 56 min i 33 s. od startu wjeżdżam do garażu - czas teraz zająć się gośćmi i pochłonąć kolejne kalorie :). Fajne było to że po jeździe nie czułem prawie w ogóle tej godziny i w moim mniemaniu mógłbym spokojnie zrobić z tego 2 lub i 3. Wydaje się to śmiesznie mało, ale po roku który za mną uznaję to za sukces. Drugi plus to że rower jak zwykle niezawodny. Co prawda nie ma hamulców z tyłu co daje dodatkowego dreszczyka emocji jezdzie z predkoscia 35 km/h po lesnej drodze :). Trzeci plus - wiem że po kilku przejazdach będę w stanie ułożyć sensowną trasę która będzie idealna do 1-2 godzinnych wypadów treningowych (piachy, leśne dróżki, górki i dołki, asfalt, korzenie etc).
Plan na najbliższe 10 dni: dojść do 30 minut ciągłego, intensywnego biegu (być w stanie przebiec intensywnie 5 km)
Najwyższa pora wydostać się z zimowego letargu: dzisiejsza przebieżka (20 minut biegu w średnim tempie + 5 minut szybkiego spaceru) zdecydowanie pozytywnie zadziałała na mój organizm.
Postanowiłem zrelaksować się nieco i przewietrzyć płuca - trasa niemal standardowa: mieszkanie -> nad Wisłę -> na północ 5 km -> na południe 5 km -> do mieszkania. Przerzutki jednak nie działają perfekcyjnie - ale podobno wysoka kadencja jest dobra na zrzucanie tłuszczu...