Po dzisiejszych zakupach (thx DMK77) i przyjezdzie z pracy postanowilem poprawić nieco mój rower. Nowe gadżety to: 2 x opona 26x2.00 Author (produkcja Panaracer) 2 x dętka Continental (z żółtymi nakrętkami na wentyle ;D) 1 x bidon atermiczny kompletny 1 x zestaw naprawczy do dętki (łyżki, łatki, nabój z gazem)
Niestety dość późno zabrałem się za pracę i zdążyłem tylko wymienić opony i dętki. Do zrobienia jeszcze: - wymiana łożysk w przedniej piaście - centrowanie felg - regulacje hamulców i przerzutek
Później krótki test drive (ponieważ już ciemno a lapmka przekroczyła budżet na ten tydzień).
V max w dniu dzisiejszym (na poziomym, bezwietrznym krótkim odcinku): 45kmh :). Byłoby więcej ale przechodnie (Wał Wiślany) + kompletny brak tylnego hamulca i słabiutki przedni wymusiły wcześniejsze hamowanie.
Tydzień który minął od spektakularnego odkurzenia roweru nie sprzyjał jeździe. Ale po wykonaniu wszystkich obowiązków tygodnia, po powrocie od rodziny, postanawiam choć na godzinę wsiąść na siodełko (wszak obiecalem systematyczność :)).
Schodząć do piwnicy widziałem chmury ... Wychodząc z rowerem usłyszałem głuchy, dość odległy grzmot ... Myślę sobie: "z dużej chmury mały deszcz" i sprawnie wyjeżdżam za bramę osiedla. Po chwili zauważam że jest mało powietrza w tylnym kole. Nie zatrzymuję się jednak ponieważ pierwsze, grube krople deszczu intensywnie masują nogi i plecy. W dogodnym miejscu wykonuje nawrót i gaz do dechy -> do pit stopu. Podpompowuję koła, reguluję hamulce a w tym czasie szaleje burza. Po 10 minutach zrobiło się jednak jaśniej, deszczu prawie nie ma więc czemu by nie pojeździć?
Jest godzina 20.15, wyruszam w celu poznania ścieżek rowerowych w mojej okolicy. Na początku leniwie rozpędzam się rozgrzewając stawy i mięśnie po dwudniowej niemal wizycie u Babci ( a jakie są konseknwencje dla organizmu takiej wizyty u Babci to oddzielny wątek ), po chwili jednak wiem że aby się zmęczyć muszę ostro pedałować. Kręce się chwilę po ścieżkach rowerowych -> co jednak się rozpędzę to muszę hamować aby przejeżdzac przez ulice, etc (kto i w jakim stanie te ścieżki planował??). Nie czas dzisiaj na takie zabawy, wskakuję na wał wiślany i gaz do dechy -> na północ!
W oddali widzę sporadyczne pioruny, ale dookoła niebo dość ładne. Cel to przejechać minimum 10 km, zatem nie obijam się i wrzucam na licznik 30kmh. Oczywiście kilka hamowań z uwagi na psy z właścicielkami oraz dzieci, ale i tak mniej niż ostatnio. Wyjeżdżam na odsłonięty z drzew odcinek wału, nad którym przebiegają dwie linie najwyższych napięć. Przejechałem już (sic!) jakieś 6 km, jeszcze trochę myślę sobie. Kątem lewego oka dostrzegam jednak coś niepokojącego -> takiego nieba dawno nie widziałem!. Piękne ale zarazem groźnie wyglądające. Częstotliwość błyskawic zwiększa się, czuję sie nieco nieswojo jadąc pod tymi linami , zwłaszcza że stanowię jeden z wyższych punktów w okolicy. Po chwili ciszy zrywa się silny wiatr. Szybko liczę w głowie i wychodzi że pod domem powinienem mieć ok 10 km, zatem robię w tył zwrot (ależ zwrotny ten rower się zrobił :)) i .... zaczyna się jazda. Jak najszybciej uciekam z wału, wykonuję piękny zjazd bez hamulcow w boczną ścieżkę. Robi się niemal zupełnie ciemno (dobrze że mam żółty rower bo lampki jeszcze nie kupiłem). Przeskakuję wszyskie krawężniki i nierówności, na liczniku cały czas ponad 25 kmh, miejscami ok 40 :). Z tyłu słyszę grzmoty i widzę błyskawice. Jeszcze kilometr myślę sobie, jest dobrze. Kilka pierwszych kropli burzowych spada mi na głowę ale ja jestem totalnie mokry. Ale i zadowolony :).
1. Intro: Przychodzi czasem taki dzień w życiu mężczyzny, kiedy musi udowodnić z jak twardej gliny jest ulepiony... Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że dzisiaj jest właśnie ten dzień...
... ale pewnie będzie dopiero jutro ;).
2. Toys for Boys Aktywizacja zasiedziałego przed laptopem ciała wymaga jednak nieco sprzętu. Wiem, można pojechać do sklepu, wydać 9999 czy tez 99999 zł i mieć sprzęt do jazdy którym w dodatku będzie można pochwalić się dookola ;). Na to przyjdzie jednak czas: do ujeżdżania konkretnego sprzętu trzeba jednak podszlifować konkretną formę. Postanowiłem podjąć wyzwanie i przygotowac rower na bazie znajdującej się w mojej piwnicy: roweru sprezentowanego na 16 urodziny mojej żony (sic!) wydając max 300 zł (musi byc jakaś hierarchia: najpierw ukochany samochód, później rower) :). W tym celu zszedłem wczoraj do piwnicy i wyciągnąłem części składające się mniej więcej na ten rower: MTB wyprodukowany ok 1998r w pięknym kolorze Yellow Lambo pokrywającym ramę Hi-Ten (troszę za mała jak dla mnie), wyposażony w porażający osprzęt Simano SIS. Ostatnio wrzuciłem te części do piwnicy jakieś dwa miesiące temu (wycieczka z DMK77, Agnieszką i PatrykRy) nie dając im perspektyw na ponowne wykorzystanie w tym sezonie. Oczywiście, jak każde zejście do piwncy, również i to było perfekcyjnie przygotowane: kupiłem wcześniej w decathlonie kierownicę + sztycę pod siodło (po konsultacjach z mechanikiem składającym tam rowery). Z werwą zabrałem się za siodło: aktualna sztyca była tak wysunięta w ramę że jazda w terenie mogła skończyć się analogicznie jak operacja wykonana na niejakim Azji z pewnej książki którą jakiś czas temu czytałem do poduszki. No i zonk: oczywiście pan mechanik mierzył suwmiarką średnicę starej sztycy, pokazywałem mu nową i oczywiście wszystko miało idealnie pasować -> niestety nie pasuje. Okazuje się że do ramy mogę wsunąć jedynie 26mm a kupiłem 27,2. No dobra, w sumie w terenie chwilowo nie jeżdże ;)
Sprawnie pozbyłem się starej kierownicy (no dobra, chwilę szukałem jakiegoś płynu który mógłbym wlać w gumowe nakładki na ręce których w inny sposób zdjąć nie sposób, z pomocą oczywiście przyszła motoryzacja i stary płyn do spryskiwaczy o woni jabola). Jest dobrze: próbuję włożyć nową, aluminiową, pięknie wyprofilowaną sztukę. Well, chyba zbyt dobrze wyprofilowana jak dla mojego sprzętu. Jednak w myśl hasła: "Nic na siłę, wszystko młotkiem", wspierając się ekwilibrystycznym operowaniem szcypcami rozwierającymi obejmę kierownicy oraz kilkoma celnymi uderzeniami młotka, udało mi się odpowiednio zamocować nową sztuke. Pierwsze wrażenie: wow -> zupełnie inny rower. Zamierzony cel osiągnięty: siedzi sie wygodniej.
Dobra, co tam jeszcze zostało myślę rozglądając się po piwnicy. Bingo: koła. Sprawny montaż i kolejne zonki: - powietrza brak (ale gdzieś mam pompkę rowerową ale gdzie to musze się zastanowić) - tylne koło bije ocierając o klocki hamulcowe: trzeba się chwilę zastanowić. Resztę zrobię jutro, myślę sobie i zamykam sprzęta w piwnicy :).
Dzisiaj, po odwiedzinach rodzinki, postanowiłem dokończyć dzieło: - znalazłem pompkę i dopompowałem kółka "na kamień" - podregulowałem hamulce: tak żeby nie ocierały o obręcze (problem w tym że przy takiej regulacji nie za bardzo hamują ale to szczegół). - zamontowałem licznik (sprezentowany mi ponad rok temu) i w drogę - przetestowac sprzet.
3. Przejazdy, Wjazdy i Zjady: Jazda: nadspodziewanie fajnie :) Kondycja: do dupy :( Vmax: na krótkim, płaskim odcinku to 40kmh :( Hamulce: brak :)