Ride The Lightning: dosłownie
Niedziela, 13 lipca 2008
· Komentarze(4)
Ride The Lightning: dosłownie :)
Tydzień który minął od spektakularnego odkurzenia roweru nie sprzyjał jeździe.
Ale po wykonaniu wszystkich obowiązków tygodnia, po powrocie od rodziny, postanawiam choć na godzinę wsiąść na siodełko (wszak obiecalem systematyczność :)).
Schodząć do piwnicy widziałem chmury ...
Wychodząc z rowerem usłyszałem głuchy, dość odległy grzmot ...
Myślę sobie: "z dużej chmury mały deszcz" i sprawnie wyjeżdżam za bramę osiedla. Po chwili zauważam że jest mało powietrza w tylnym kole. Nie zatrzymuję się jednak ponieważ pierwsze, grube krople deszczu intensywnie masują nogi i plecy. W dogodnym miejscu wykonuje nawrót i gaz do dechy -> do pit stopu.
Podpompowuję koła, reguluję hamulce a w tym czasie szaleje burza. Po 10 minutach zrobiło się jednak jaśniej, deszczu prawie nie ma więc czemu by nie pojeździć?
Jest godzina 20.15, wyruszam w celu poznania ścieżek rowerowych w mojej okolicy. Na początku leniwie rozpędzam się rozgrzewając stawy i mięśnie po dwudniowej niemal wizycie u Babci ( a jakie są konseknwencje dla organizmu takiej wizyty u Babci to oddzielny wątek ), po chwili jednak wiem że aby się zmęczyć muszę ostro pedałować. Kręce się chwilę po ścieżkach rowerowych -> co jednak się rozpędzę to muszę hamować aby przejeżdzac przez ulice, etc (kto i w jakim stanie te ścieżki planował??). Nie czas dzisiaj na takie zabawy, wskakuję na wał wiślany i gaz do dechy -> na północ!
W oddali widzę sporadyczne pioruny, ale dookoła niebo dość ładne. Cel to przejechać minimum 10 km, zatem nie obijam się i wrzucam na licznik 30kmh.
Oczywiście kilka hamowań z uwagi na psy z właścicielkami oraz dzieci, ale i tak mniej niż ostatnio.
Wyjeżdżam na odsłonięty z drzew odcinek wału, nad którym przebiegają dwie linie najwyższych napięć. Przejechałem już (sic!) jakieś 6 km, jeszcze trochę myślę sobie. Kątem lewego oka dostrzegam jednak coś niepokojącego -> takiego nieba dawno nie widziałem!. Piękne ale zarazem groźnie wyglądające. Częstotliwość błyskawic zwiększa się, czuję sie nieco nieswojo jadąc pod tymi linami , zwłaszcza że stanowię jeden z wyższych punktów w okolicy.
Po chwili ciszy zrywa się silny wiatr. Szybko liczę w głowie i wychodzi że pod domem powinienem mieć ok 10 km, zatem robię w tył zwrot (ależ zwrotny ten rower się zrobił :)) i .... zaczyna się jazda.
Jak najszybciej uciekam z wału, wykonuję piękny zjazd bez hamulcow w boczną ścieżkę. Robi się niemal zupełnie ciemno (dobrze że mam żółty rower bo lampki jeszcze nie kupiłem). Przeskakuję wszyskie krawężniki i nierówności, na liczniku cały czas ponad 25 kmh, miejscami ok 40 :).
Z tyłu słyszę grzmoty i widzę błyskawice.
Jeszcze kilometr myślę sobie, jest dobrze. Kilka pierwszych kropli burzowych spada mi na głowę ale ja jestem totalnie mokry. Ale i zadowolony :).
C.D.N.
Tydzień który minął od spektakularnego odkurzenia roweru nie sprzyjał jeździe.
Ale po wykonaniu wszystkich obowiązków tygodnia, po powrocie od rodziny, postanawiam choć na godzinę wsiąść na siodełko (wszak obiecalem systematyczność :)).
Schodząć do piwnicy widziałem chmury ...
Wychodząc z rowerem usłyszałem głuchy, dość odległy grzmot ...
Myślę sobie: "z dużej chmury mały deszcz" i sprawnie wyjeżdżam za bramę osiedla. Po chwili zauważam że jest mało powietrza w tylnym kole. Nie zatrzymuję się jednak ponieważ pierwsze, grube krople deszczu intensywnie masują nogi i plecy. W dogodnym miejscu wykonuje nawrót i gaz do dechy -> do pit stopu.
Podpompowuję koła, reguluję hamulce a w tym czasie szaleje burza. Po 10 minutach zrobiło się jednak jaśniej, deszczu prawie nie ma więc czemu by nie pojeździć?
Jest godzina 20.15, wyruszam w celu poznania ścieżek rowerowych w mojej okolicy. Na początku leniwie rozpędzam się rozgrzewając stawy i mięśnie po dwudniowej niemal wizycie u Babci ( a jakie są konseknwencje dla organizmu takiej wizyty u Babci to oddzielny wątek ), po chwili jednak wiem że aby się zmęczyć muszę ostro pedałować. Kręce się chwilę po ścieżkach rowerowych -> co jednak się rozpędzę to muszę hamować aby przejeżdzac przez ulice, etc (kto i w jakim stanie te ścieżki planował??). Nie czas dzisiaj na takie zabawy, wskakuję na wał wiślany i gaz do dechy -> na północ!
W oddali widzę sporadyczne pioruny, ale dookoła niebo dość ładne. Cel to przejechać minimum 10 km, zatem nie obijam się i wrzucam na licznik 30kmh.
Oczywiście kilka hamowań z uwagi na psy z właścicielkami oraz dzieci, ale i tak mniej niż ostatnio.
Wyjeżdżam na odsłonięty z drzew odcinek wału, nad którym przebiegają dwie linie najwyższych napięć. Przejechałem już (sic!) jakieś 6 km, jeszcze trochę myślę sobie. Kątem lewego oka dostrzegam jednak coś niepokojącego -> takiego nieba dawno nie widziałem!. Piękne ale zarazem groźnie wyglądające. Częstotliwość błyskawic zwiększa się, czuję sie nieco nieswojo jadąc pod tymi linami , zwłaszcza że stanowię jeden z wyższych punktów w okolicy.
Po chwili ciszy zrywa się silny wiatr. Szybko liczę w głowie i wychodzi że pod domem powinienem mieć ok 10 km, zatem robię w tył zwrot (ależ zwrotny ten rower się zrobił :)) i .... zaczyna się jazda.
Jak najszybciej uciekam z wału, wykonuję piękny zjazd bez hamulcow w boczną ścieżkę. Robi się niemal zupełnie ciemno (dobrze że mam żółty rower bo lampki jeszcze nie kupiłem). Przeskakuję wszyskie krawężniki i nierówności, na liczniku cały czas ponad 25 kmh, miejscami ok 40 :).
Z tyłu słyszę grzmoty i widzę błyskawice.
Jeszcze kilometr myślę sobie, jest dobrze. Kilka pierwszych kropli burzowych spada mi na głowę ale ja jestem totalnie mokry. Ale i zadowolony :).
C.D.N.

